Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 22 grudnia 2011



Zdrowych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Spokojnej wieczerzy wigilijnej w rodzinnym gronie. Wielu uśmiechów i najszczerszych życzeń wszystkiego, co najlepsze – oraz oczywiście ich spełnienia. Tradycyjnie – smacznego karpia, piernika i barszczu z uszkami. Wielu wspaniałych książek (a także innych wymarzonych prezentów) pod choinką. Dźwięku pięknych polskich kolęd nie tylko w kościele. Zapachu choinkowych gałęzi i kapusty z grzybami.
Przede wszystkim jednak – spełnienia marzeń, zdrowia i pomyślności na wiele kolejnych miesięcy.
Przebojowego sylwestra i bezpiecznego powrotu do codziennego życia. Do kolejnego razu.

Mały opiekun zapomnianych zwierząt - Carmen Bernos de Gasztold



Carmen Bernos de Gasztold to francuska poetka, od lat mieszkająca w opactwie Benedyktyńskim i pisząca wiersze oraz opowiadania dla dzieci. To właśnie o jednym z nich chciałam dzisiaj słów kilka opowiedzieć.
„Mały opiekun zapomnianych zwierząt” to wzruszająca baśń bożonarodzeniowa, w której autorka przypomina nam, co jest tak naprawdę ważne w życiu. I tak okazuje się, że nie były istotne dary złożone przez mędrców ze Wschodu, którzy pojawiają się w wielu kolędach i szopkach, ale ciepły oddech i miłość do Jezusa, okazane mu przez woła i osła. Skąd jednak te zwierzęta wzięły się w żłóbku, w którym położono Dzieciątko? Razem z całą resztą menażerii przyprowadził je tam właśnie tytuły Mały Opiekun Zapomnianych Zwierząt – by mogły złożyć pokłon wielkiemu Bogu pod postacią małego chłopca.
Kim jest tytułowy bohater? To mały aniołek, który uznał się za niegodnego, by stać się aniołem stróżem – tak ludzi, jak i olbrzymich gwiazd. Poprosił więc Pana Boga, by pozwolił mu zaopiekować się czymś biednym i zapomnianym. Tak też stal się opiekunem zwierząt, o których znaczeniu w świecie tak często zapominamy.
To opowieść o czystości serca i pokorze, a także odnalezieniu własnego miejsca. Bo i Aniołek zrozumiał sens swej „służby” i wół z osłem poczuli się we właściwym miejscu i czasie – po prostu potrzebni.
Wiemy wszyscy doskonale, że wół i osioł stali przy żłóbku Pana, a jednak coraz częściej ważniejsze jest, by pokłon złożył mu jakiś lubiany polityk, czy gwiazda filmowa. Jednocześnie zdajemy się zapominać, że to zwierzęta przez długie wiek dawały ludziom ciepło (wełna) i jadło (mięso, mleko). Może należałoby się chwilę zastanowić i idąc odwiedzać żłóbek – po prostu złożyć pokłon Jezusowi, zamiast śpiewać peany na cześć nowych pomysłów – kto tym razem powinien znaleźć się wśród uprzywilejowanych i móc być uwieczniony w postaci bożonarodzeniowej figurki.
Opowiadanie króciutkie, acz urzekające swą prostotą i bijącym od niego ciepłem (nie tylko oddechów woła i osła). Maleńkie arcydzieło warte zapamiętania.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w tym momencie autorka miała niewiele zasług, a podziękowanie należy się tłumaczowi. Dziękuję zatem – za to, że mówi nie tylko o Świętach, Wigilii, czy Bożym Narodzeniu, ale także o… Gwiazdce. Coraz rzadziej spotykamy się z tym określeniem, które zawsze wywołuje szybsze bicie mojego serca – na wspomnienie tych wspaniałych Gwiazdek, gdy byłam małym dzieckiem i ta noc była naprawdę zaczarowana, pełna radości, magii, śpiewanych przez domowników kolęd i zapachu żywej choinki.

wtorek, 20 grudnia 2011

Koniec roku - zmora każdego pracownika...

Z racji zbliżającego się końca roku – przyznaję – nie mam kiedy czytać. Przygotowania świąteczne zawsze zajmują wiele czasu, a zamknięcie roku w pracy nie ułatwia sprawy. Ponadto – zaczęłam niedawno jeździć do pracy samochodem, więc około półtorej godziny, które dotychczas poświęcałam na czytanie w komunikacji miejskiej – w plecy.
Wymówki? Z pewnością tak, ale mimo starań – nie daje się inaczej. Zasypiam o 21, wstaję o 5:40, pracuję, sprzątam i martwię się, by do sylwestra uzgodnić wszystkie konta. A jeszcze ten ostatni dzień roku – jedziemy na ślub do Warszawy, więc czeka nas jeszcze łącznie ponad 600km. Samochodem – więc nici z czytania. Postanowienie noworoczne? Zero wymówek literackich! Nadrobię zaległości (szczególnie, że na Gwiazdkę zamówiłam kilka kolejnych książek) i zabiorę się ostro za pisanie kolejnej powieści – mam już 50 stron, mniej więcej 1/3 tego, co chcę napisać.

wtorek, 13 grudnia 2011

Popiół i diament - Jerzy Andrzejewski



Ostatnimi czasy postanowiłam wrócić do niektórych lektur przeczytanych lata temu – w większości w czasie około maturalnym. Tym samym wpadła mi w ręce powieść Jerzego Andrzejewskiego „Popiół i diament” (swoją drogą ciekawe, że nie miałam nigdy okazji obejrzeć adaptacji Andrzeja Wajdy).
Książki chyba streszczać nie trzeba, dlatego tylko pokrótce o fabule. Mamy maj 1945 roku, właśnie kończy się wojna. Nie znamy jeszcze jej wszystkich tragicznych skutków. Na razie Polacy cieszą się ze zwycięstwa i zastanawiają się, jaka będzie ta nowa Polska, o którą część z nich wałczyła na froncie, inni ciężką pracą w okupowanym kraju, inni jeszcze – działając politycznie. Na pytanie to każdy ma, oczywiście, inną odpowiedź. Jak mówi stare prawidło – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – można jednak uogólnić kilka postaw. Mamy tu cały przekrój ostrowieckiego społeczeństwa – robotników, polityków, inteligentów, robotników, aktorów. Są ci, którzy walczyli w szeregach AK i ci, którzy chcą budować socjalistyczną/komunistyczną Polskę pod sztandarem równości klasowej i egidą Związku Radzieckiego.
Dla mnie to powieść przede wszystkim o trzech bohaterach, jednak każdy może wybrać innych. Pierwszym z nich jest Maciej Chełmicki. Przybywa do Ostrowca z jasno wyznaczonym celem – ma wykonać zamach na sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, Stefana Szczukę. Pierwsza próba nie jest udana i ginie dwóch niewinnych robotników. Jednak nie to wywoła u Maćka wątpliwości co do sensu powierzonego mu zadania. To Krysia – barmanka, którą poznaje w restauracji hotelu „Monopol” odmienia jego sposób patrzenia na życie. Wiąże go jednak żołnierska przysięga i honor. Co jest ważniejsze – życie Szczuki czy wykonanie raz podjętego zadania?
Drugi bohater to właśnie Szczuka. Wojnę spędził w obozie koncentracyjnym, w Gross-Rosen. W Ravensbrück zginęła jego żona, Maria. Przybywa do Ostrowca i od razu, pierwszego dnia, dowiaduje się, że z obozu wrócił właśnie Antoni Kossecki, człowiek znany w Gross-Rosen ze współpracy z oprawcami hitlerowskimi. Szczuka pragnie się z nim spotkać. Ostrowiec to także miasto, z którego pochodziła jego ukochana Maria, tu mieszka również jej siostra. Szczuka musi więc pogodzić interesy partii, której jest przedstawicielem i która go tu przysłała w celu agitacji wśród robotników ze swymi prywatnymi zmorami. Czy kule Maćka Chełmickiego go dosięgną i czy podoła z porządkowaniem własnego życia?
Trzeci bohater – Antoni Kossecki. Niezbyt inteligentny człowiek, który dzięki zawzięciu, ciężkiej pracy i zdecydowanej postawie ziścił marzenie i został adwokatem. To porządny człowiek – szanowany w mieście, żonaty, ojciec dwóch synów. Znany w Ostrowcu, u niego również aplikację robił towarzysz Szczuki, Franciszek Podgórski. Po powrocie z obozu jest jednak zupełnie inny – zamknięty w czterech ścianach, obawia się wyjść do ludzi, nie chce rozmawiać z żoną, chowa się w swoim własnym, bezpiecznym – ma taką przynajmniej nadzieję – świecie. Wiadomość o tym, że chce się z nim spotkać współwięzień z Gross-Rosen poniekąd przeraża go, ale także wyzwala. Czuje, że będzie mógł się ujawnić, nie będzie już musiał się ukrywać, obawiać, wstydzić. W końcu „nie można czynów ludzkich mierzyć czasem, który mógłby być. Mierzy się je czasem, który jest.” W obozie natomiast – tak przynajmniej uważa – musiał przede wszystkim myśleć o sobie, nawet jeśli oznaczało to zadawanie cierpienia współwięźniom i współpracę z Niemcami. Mam wrażenie, że źle się czuje ze swymi wspomnieniami nie dlatego, że robił źle, ale dlatego, iż obawia się, że jego żona jest za dobra, by zrozumieć.
Powieść Andrzejewskiego nie wskazuje na postawy właściwe i naganne. Był to z resztą jeden z powodów niechęci krytyków – powieści zarzucano niewystarczające poparcie dla nowej władzy, co z kolei spowodowało, że Andrzejewski odciął się od swej dotychczasowej twórczości.
Historia kończy się smutno – nie ma tu nadziei na lepsze jutro, powiewających flag, hymnu państwowego – całego tego patosu, do którego od lat przyzwyczaja nas kino amerykańskie. Życie płynie dalej, kraj podnosi się z ruin. Jaki będzie jego los? Tego autor nie stara się przewidzieć. Liczy się tylko tak zwane „tu i teraz”. I to, jakie decyzje podejmujemy w danej chwili – one właśnie zadecydują o przyszłym kształcie ojczyzny. Jak mówi sam autor – „Dużo o tym wszystkim można mówić. I cóż ostatecznie pozostaje? To tylko, co człowiek czyni, nic więcej.”.
Autor przedstawia nam dokładnie każdego z bohaterów, poniekąd wyjaśniając jego zachowanie i stosunek do zaistniałej rzeczywistości. Nie ma tu jednak ani usprawiedliwiania ich działań, ani karcenia. Każdy z czytelników musi sam podjąć decyzję, czy dana postać postąpiła właściwie. Andrzejewski jednak cały czas podkreśla, by nie zapomnieć – oceniać można jedynie przez pryzmat istniejących w danym momencie warunków ogólnych. Nikt nie jest oderwany od świata, nikt nie żyje w próżni i żadne działania nie są bez przyczyn i skutków. Bo czyż i my dzisiaj nie zastanawiamy się, czy wybralibyśmy honor, czy dobro rodziny, gdyby przyszło nam wybierać pomiędzy nimi?
Oczywiście, gdyby skupić się na pozostałych postaciach możnaby napisać zupełnie coś innego. Jednak zaznaczyłam już na początku, że te trzy historie były dla mnie najistotniejsze. Być może przy kolejnym czytaniu, którego nie wykluczam, skupię się na przykład na Jurku Szretterze, bądź też na synach Kosseckiego.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.9)

Po rozmowie z Alexandrem, Fiodor trochę się uspokoił. Sara postanowiła współpracować. Gdyby się tak wcześniej nie opierała, może już byłoby po wszystkim. Fiodor był poirytowany jej zachowaniem. Nikołaj powinien był jej dokładniej wytłumaczyć, jak ważny jest Michael. Jeśli Knut to odkryje, to koniec. „Może powinienem jednak powiedzieć Alexandrowi prawdę, całą prawdę. Mimo, że obiecałem Nataszy, iż zostawię to dla siebie. Knut zna początek historii, ale istnieje szansa, że nie dostrzeże jej konsekwencji. Jeśli Alexander dowie się, że jego brat wiedział cały czas, że powierzono tę tajemnicę właśnie Nikołajowi – temu, który odszedł od rodziny…” – martwił się Fiodor.
*
- Czy ten człowiek, którego poznałam jako ojca Julka, był waszym ojcem? – Magdalena drążyła bolesny temat.
- Tak, Magdaleno, był naszym ojcem. Po śmierci Juliana… Kiedy Nikołaj odszedł, ojciec nie dał rady. Stracił już tyle dzieci, że to go przerosło i popełnił samobójstwo.
- Przykro mi – rzeczywiście, tak czuła. Chociaż przez tyle lat uważała tamtego człowieka za bezdusznego. Nie mogła mu zapomnieć i wybaczyć, że nie był nawet na pogrzebie synka. Teraz okazuje się, że był jej teściem. Ta rodzina przeżyła tyle nieszczęść w ostatnich tylko kilkudziesięciu latach. Ileż musieli się wycierpieć przez te tysiąclecia. – A wasza matka?
- Ona odeszła znacznie wcześniej. Niedługo po tym, jak Fiodor został nowym Strażnikiem. Do dzisiaj nie może sobie tego wybaczyć. Dlatego jest czasami taki… nieczuły. Po jej śmierci zupełnie się w sobie zamknął i już się baliśmy, że będzie trzeba powoływać nowego Strażnika, że nie podoła. Przyjaźnili się. W każdym razie matka zmarła wiele, wiele lat temu. Julian był synem drugiej żony mojego ojca, Amandy. Zmarła w połogu. Był naszym przyrodnim bratem, ale ulubieńcem całej rodziny. Jego śmierć bolała najbardziej ze wszystkich.
*
Gdy była z nim, czuła się bezpieczna. Josif się zmienił – przestał być tym kochanym człowiekiem, za którego wyszła. Był zimny i nieczuły. Interesowało go tylko zabezpieczenie rodu – zdobycie majątku i spłodzenie kolejnych potomków. To już nie była miłość. Fiodor – Fiodor był dokładnie takim mężczyzną, jakiego potrzebowała. Kiedy była młoda – naprawdę młoda – zakochała się w swoim kuzynie, Josifie. Wtedy wszystko było inne. Josif był inny. Ona była inna. Wychowała wiele dzieci. Pochowała już większość z nich. W ostatnich latach było najciężej. Knut mordował ich jednego po drugim. Jej dzieci, jej dzieci… Na wieść o śmierci kolejnego z nich, Wani, płakała nocami i coraz bardziej zamykała się w sobie. A Josif? Josif dochodził jedynie do wniosku, że w tej sytuacji będzie musiała rodzić kolejne. Nie chciała więcej rodzić. Nie bała się bólu, nie bała się wychować kolejnych pociech. Wyłącznie Knut napawał ją obawą. Knut – zabijający kolejne jej dziecko. Tylko przy Fiodorze czuła się bezpiecznie.
- Jeśli Josif nas nakryje – wyszeptała, tuląc się do kochanka, – każe cię zabić. Nieważne, że jesteś Strażnikiem.
- Nataszo, Kochanie. Nie martw się mężem. On jest za bardzo zaślepiony dbaniem o utrzymanie rodu. Wiem, że nie powinienem tego mówić, bo to właśnie winno być moim priorytetem. I zapewniam cię, że jest. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby kolejny Nowicki nie wpadł w ręce Knuta. Nawet jeśli miałbym zapłacić własnym życiem.
Załkała. Stracić go? Stracić? Dlaczego zgodziła się na to? Powinna była wybrać innego Strażnika. Wtedy Fiodor byłby bezpieczniejszy.
*
Mike już od dwóch dni nie widział się z matką. To był pierwszy raz tak długo bez niej. Powoli zaczynał się jednak przyzwyczajać. Przestawał o niej myśleć. Tyle się dowiedział o ojcu i o tym, co przed nim ukrywali. Okazało się, że Chiara jest jego kuzynką. Nawet się nie zastanawiał, czy matka wiedziała. Przyjął to jako oczywisty fakt, że na pewno Chiarę przed nim ukrywała. Ta druga żona ojca, Magdalena – pewnie wszystko wiedziała i chciała mu powiedzieć – dlatego matka tak na nią nakrzyczała. Dobrze, że Knutowi się udało.
*
Gdy po roku Natasza powiedziała mu, że zostanie ojcem, nie mógł uwierzyć. Może się pomyliła, może to dziecko Josifa. Jednak ona nie miała wątpliwości. To miało być jego dziecko. Musi ją chronić przed mężem. Trzeba ją gdzieś ukryć na czas ciąży, wymyśleć jakiś dobry powód, żeby Josif się nie domyślił. Wróci po porodzie. Co z dzieckiem? Nie będzie się nim mogła zajmować. On również nie ma takich możliwości. Został zaprzysiężony na Strażnika i pierwszym jego zadaniem jest ochrona tej rodziny. Nie może sobie pozwolić na zajmowanie się dzieckiem, nawet swoim.
Po dwóch dniach rozmyślania, podjął decyzję. Namówi Nataszę, by wyjechała na Zachód, do Francji, do swojej dalekiej kuzynki, która jest ciężko chora. Powie mężowi, że musi pomóc Irene w wychowaniu dzieci, kiedy ona sama nie może sobie poradzić. Josif nie powinien mieć nic przeciwko. Irene straciła męża na wojnie, miała czwórkę małych dzieci, a teraz zmogła ją straszliwa choroba. Pozwoli Nataszy jechać na jakiś czas. Póki kuzynce się nie polepszy. Później… oddadzą Irene dziecko na wychowanie. Jego syna lub córkę. Ich dziecko, owoc ich miłości. Nikt się nie dowie, a Irene z pewnością dotrzyma tajemnicy. Nikt nie będzie się chciał narażać na złość Josifa. Teraz musi jedynie przekonać ukochaną, że to jedyne wyjście.
*
Knut obserwował z ukrycia bawiące się dzieci. Chiara była kilka lat starsza od Michaela, właściwie już nie dziecko, a panienka. Konstancja i Alessio byli dosyć wysocy, dlatego nikt nie rozumiał, dlaczego ich córeczka nie rosła, jak jej koleżanki z klasy. Jednak dziewczyna się tym specjalnie nie przejmowała. Zawsze mówiła, że ma jeszcze czas, a lepiej być niską niż za wysoką. Jej najlepsza przyjaciółka, Angela, była bardzo wysoka i zawsze się z niej śmiano, nie mówiąc już o tym, że zawsze nosiła za krótkie spodnie.
Mike wydawał się bardzo szczęśliwy w towarzystwie kuzynki. Wreszcie poznał kogoś, kto go polubił, nie wyśmiewał się z niego, nie miał mu za złe tego, jaki jest. Chiara była tak inna od jego brata. Paul kompletnie się nim nie przejmował. Zauważał go jedynie wtedy, kiedy miał ochotę kogoś zbić. Chiara była jak starsza siostra, a w niektórych momentach nawet jak matka. Wydawała mu się taka dorosła i stateczna z tymi swoimi piętnastoma latami, a mimo tego bawiła się z nim w najlepsze, jakby zupełnie nie martwiąc się, że już dawno z tego wyrosła.
Była u Knuta już od trzech miesięcy i dawno zdążył wymazać z jej pamięci matkę, którą pamiętała wcześniej jedynie jak przez mglę. Większość życia mieszkała tylko z ojcem, ostatnie dwa lata wprowadziła się do nich jego nowa partnerka, ale Chiara jej nie polubiła. Przede wszystkim dlatego, że Alessio poświęcał jej więcej czasu niż córce, uznając zapewne, że ta jest już wystarczająco dorosła, by zrozumieć jego potrzeby. Miała mu za złe, że nie był na jej ostatnich urodzinach. I od tego właśnie zaczął Knut. Pojawił się jeszcze tego samego wieczoru i kupił jej mały torcik. Początkowo nieufna – jak ją uczono – wobec obcego, szybko poddała mu się całkowicie. Jeszcze jeden dzień, góra dwa i to samo osiągnie z Michaelem. Później już tylko zwabić Alexandra.
*
Natasza wróciła z Francji przygnębiona. Josif zupełnie nie potrafił pojąć, co jej się stało. Czy tak bardzo przygnębił ją pobyt u kuzynki? Dlaczego więc nie wróciła szybciej? Nie musiała przecież spędzać tam prawie roku. Zgodził się na ten wyjazd, bo myślał, że pomoże jej zapomnieć o śmierci Wani. Tymczasem wróciła w jeszcze gorszym stanie, niż wyjechała. Nic nie chciała mu powiedzieć. Twierdziła jedynie, że zmęczyła ją podróż, jednak to zmęczenie trwało już do dwóch tygodni i nie potrafił nic zmienić. Nie widział żony niemalże od roku, a ona go do siebie nie dopuszczała. Nie przyjęła go w sypialni ani razu. Nie chciała jeść z nim śniadania, pozostając w swoich pokojach. Zupełnie inna kobieta, niż ta, którą znał. Rozmawiała jedynie z Fiodorem. W pierwszej chwili pomyślał, że to dobrze, bo chociaż kogoś do siebie dopuszczała, jednak z czasem zaczynało go to coraz bardziej irytować.
Fiodor wiedział, co czuła. Czuł to samo. Gdzieś daleko, w państwie po przeciwnej stronie kontynentu, w łóżeczku leżała mała dziewczynka. Płakała za mamą, która odjechała. Opiekowała się nią ciotka i tak już miało pozostać. Z dala od najbliższych, nigdy nie dowiadując się, kim są jej prawdziwi rodzice. Jego córka, Jana. Miał jej nigdy nie spotkać, nigdy nie poznać. Nigdy nie przytulić i nie powiedzieć, że ją kocha. Dla jej dobra, dla jej bezpieczeństwa. Była Nowicką. Musiał ją chronić. Nie dlatego, że była jego dzieckiem, lecz dlatego, że do tego został powołany. Jednak Josif nie może się dowiedzieć, że po świecie chodzi jeszcze jedna Nowicka. Nowicka nie będąca jego potomkiem, ale córką jego żony. Nieślubnym dzieckiem, zrodzonym z miłości. W połowie Nowicka, w połowie Smirnowna…

Where Did Mrs Santa Go? - Beverly Herbert




Do Wigilii zostało już tylko dwanaście dni i coraz bardziej udziela mi się świąteczny nastrój. Postanowiłam więc przedstawić Wam jeszcze jedną, po „Opowieści wigilijnej”, historię typowo świąteczną.
Tym razem nieznana szerokim kręgom powiastka autorstwa Beverly Herbert, żony Franka Herberta. Niestety nic mi nie wiadomo o tym, by została kiedykolwiek przetłumaczona na język polski, jednak osobom czytających po angielsku – gorąco polecam. „Where Did Mrs Santa Go” to niedługie opowiadanie o tym, jak Pani Mikołajowa wybrała się z mężem w wigilijną podróż zaczarowanymi saniami.
Czy można być znudzonym Bożym Narodzeniem, jeśli mieszka się w domu Świętego Mikołaja? Wydaje się to nieprawdopodobne, jednak jego żona właśnie tak się czuje. Mąż co roku spędza Wigilię rozwożąc dzieciom prezenty i nigdy nie ma go w domu. Pani Mikołajowa skazana jest na samotność w tę najbardziej rodzinną noc w roku. Dlatego właśnie sprzeciwia się odwiecznemu porządkowi rzeczy i prosi męża, by zabrał ją ze sobą i pokazał świat.
Beverly Herbert w przepiękny i wzruszający sposób pokazuje nam, jak tę magiczną noc spędzają ludzie na całym świecie. Odwiedzamy kolejno różne miasta na wszystkich kontynentach, słuchając pokrótce o świątecznych zwyczajach w wielu zakątkach świata, a Mikołaj tłumaczy – zadziwionej i oczarowanej światem – małżonce, skąd się wzięły. Pani Mikołajowa jest zachwycona podróżą, choć bywają i takie momenty, w których – zapominając o magii prowadzącej sanie – boi się i zamyka oczy. Świat jest jednak bardzo intrygujący, a co kraj, to obyczaj.
Uszczęśliwiona małżonka wdzięczna jest Mikołajowi, że zabrał ją ze sobą, dochodzi jednak do wniosku, że nie ma jak w domu i prosi go, by zabrał ją na Biegun Północny, gdyż chciałaby już ujrzeć komin własnej chatki.
To ślicznie opowiedziana bajka, także dla dużych dzieci (jak ja), a uroku dodają jej również niepowtarzalne i pełne wdzięku ilustracje. To prawdziwa gratka dla każdego, komu Boże Narodzenie kojarzy się z ciepłem domowego ogniska, pachnącą choinką, śpiewaniem kolęd i po prostu rodzinną atmosferą (nie mylić z reklamą Coca-Coli, kolejkami w sklepach i kredytami na prezenty).

wtorek, 6 grudnia 2011

Wyspa Doktora Moreau - H.G. Wells



Odgrzewany kotlet? Nic bardziej mylnego. Raczej doskonale przyrządzony de volaille na miarę mistrza kuchni – miękko-chrupiący, idealnie przyprawiony, rumiany, z roztopionych szwajcarskim serem we wnętrzu. Smakowity kąsek dla każdego, kto lubi naprawdę dobrą literaturę.
Od początku wiadomo, że główny bohater przeżyje, ponieważ poniekąd on opowiada historię (opowiedział ją swemu bratankowi, czy też siostrzeńcowi, który przekazuje ją nam, jednak w sposób, jakby opowiadał sam Pendrick). Nie przeszkadza to jednak przez całą powieść obawiać się o jego bezpieczeństwo i zdrowie, zupełnie jakby świadomość o „pozytywnym” zakończeniu historii zagubiła się w odmętach oceanu.
Razem z Pendrickiem przeżywamy więc morską katastrofę, która ostatecznie doprowadzi go na niewielką wulkaniczną wysepkę na Pacyfiku. Spotka tu dwóch intrygujących ludzi, z których jeden jest do niego przysposobiony raczej pozytywnie (uratował mu życie), a drugi uważa za nieproszonego gościa, który może „wszystko zepsuć”. Tym drugim jest właśnie tytułowy doktor Moreau, który w tym dzikim świecie znalazł idealne miejsce do prowadzenia swych – podejrzanych i z pewnością niebezpiecznych – badań.
W gruncie rzeczy nie wiadomo do końca, co się dzieje na wyspie i dlaczego zamieszkujący ją ludzie wzbudzają od początku uczucie strachu i pewnego obrzydzenia. Oczywiście dowiemy się tego – mniej więcej w połowie powieści zostaniemy wyprowadzeni z błędu, na który wcześniej naprowadzi nas Pendrick. Wizja doktora Moreau jest przerażająca, niepokojąca i nasuwała mi przez cały czas wspomnienie artykułu o hitlerowskich – karygodnych – doświadczeniach na ludziach.
Powieść stawia nam egzystencjalne i trudne pytanie – czy można bawić się w Boga i próbować stworzyć człowieka? Do jakich skutków może doprowadzić obsesja badawcza i jakie straszliwe wyniki mogą spowodować przeszczepy międzygatunkowe? Pendrick, pełen przerażenia, podejrzewa doktora, na którego towarzystwo został poniekąd skazany o przeprowadzanie wiwisekcji na ludziach i przeszczepianie im tkanek zwierzęcych. Myli się jednak, a skutki prawdziwych działań szalonego chirurga okazują się jeszcze bardziej zatrważające. Niepokojący jest również spokój jego pomocnika, który przez lata przywykł do straszliwych doświadczeń przeprowadzanych w laboratorium i otoczenie Zwierzoludów (tak ich nazywa Pendrick) zdaje mu się teraz jak najbardziej normalne. Czy człowiek rzeczywiście tak łatwo godzi się z cierpieniem – bezsensownym i w żaden właściwie sposób nieuzasadnionych – innych stworzeń?
Zadziwiające jest również zakończenie, ale zostawię je Wam na deser (każdy ma prawo to samodzielnie zjedzonego torcika z wisienką). Najistotniejsze w całej powieści wydają mi się powyższe kwestie, nie sposób jednak przejść obojętnie obok mówiących kobiet-wilków, czy ludzi-panter. Cała ta menażeria, którą stworzył Moreau zdaje się tak podobna do ludzkości i zastanawiające jest, czy my właśnie tak nie skończymy. Czy nie zaczniemy się uwsteczniać i nie powrócimy na łono natury, gdzie instynkty okażą się ważniejsze od inteligencji, a bieganie na czterech łapach i chłeptanie wody ze stawów po prostu wygodniejsze od filozoficznych i polityczno-ekonomicznych dysput. Interesująca myśl – tak długo, jak Zwierzoludy wyznawały wiarę, zwaną w powieści Prawem, tak długo w jakiś sposób udawało się utrzymać to – stąpające po cienkim lodzie – społeczeństwo dziwnych stworzeń. Gdy jednak Prawo przestało istnieć, gdy odkryły, że jego podstawy są kłamstwem – wszystko posypało się, jak klocki domina.
Gorąco polecam – warto poświecić trochę czasu na zapoznanie się z tą pozycją – bez wątpienia idealnie wpasowującą się w nurt s-f, mimo że nie ma tu kosmitów, ani statków międzygwiezdnych.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Pancerni - Adrian Tchaikovsky



Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że przeczytam „Pancernych”, nie uwierzyłabym. Dlaczego? Nie lubiłam fantasy (w odróżnieniu od sci-fi). Delikatnie mówiąc – nie przepadam za robakami (tak określam również owady wszelakie, pomijając motyle, ważki i biedronki). Opowiadania nie są moją ulubioną formą – lubię tomy opasłe i długie, najbardziej historie wielotomowe. Z form krótkich preferuję… poezję.
Dostałam, przeczytałam i nie żałuję. Przyznaję, że początki nie były łatwe – kompletnie nie mogłam się przyzwyczaić do bohaterów i zupełnie nie wiedziałam, kto jest kim w tej historii. Owadzie cechy nie ułatwiały sprawy, jeszcze bardziej komplikując wyobrażenie sobie postaci. Jednak po kilku stronach (całe opowiadanie ma ich zaledwie 31) zaczęłam powoli rozróżniać, kto jest dowódcą i z jakiej rasy się wywodzi. Dowiedziałam się, które ludy, czym się charakteryzują, jak wyglądają i czym się na co dzień zajmują.
Opowiadanie jest krótkie i traktuje o historii jednej bitwy i – znacznie istotniejszego dla głównego bohatera – pojedynku. To również przekrój przez najważniejsze, w trwającej dwanaście lat wojnie, strony konfliktu.
Oto siły Imperium Os przechodzą przez ziemie Ważek. Jeden z oddziałów wysuwa się do przodu i czekając na wsparcie idącej za nim elitarnej Szóstej Armii, stara się obronić przed kontratakiem. Dowódca zostaje poważnie ranny i cała odpowiedzialność za bezpieczeństwo, a przede wszystkim morale oddziału spada na Varmena. To on musi teraz podjąć decyzję, jak postąpić, gdy wrogie wojska zaczną ostrzał. Ma jednak poważną wadę (a kto z nas ich nie ma) – często mówi i robi, to co uważa za słuszne, nie licząc się z politycznymi konsekwencjami i karami, które mogą go za to czekać. Na szczęście ma w oddziale przyjaciela imieniem Pellrec, który zawsze znajduje się obok, by wybić mu z głowy kolejny głupi pomysł, czy porywczą decyzję.
Niestety Pellrec zostaje poważnie ranny. Bez wsparcia przyjaciela Varmen postanawia postawić wszystko na jedną kartę i wyzywa Ważki do pojedynku jeden na jednego z ich championem. Teraz nie ma już odwrotu. Może wygrać jeden dzień spokoju na froncie, a te godziny z kolei mogą uratować życie przyjacielowi i dać czas Szóstej, by dotarła z posiłkami (w co – mimo negatywnych doniesień zwiadowców – cały czas wierzy). Czy może sobie jednak zaufać, mając świadomość, że do walki z nim stanie piękna kobieta, która zauroczyła go od pierwszego wejrzenia?
To krótka historia o przyjaźni, lojalności, honorze i zaufaniu. To również piękna opowieść o tym, że zawsze można znaleźć sposób, by spróbować uratować życie przyjaciela i nie ma czegoś takiego jak sytuacja beznadziejna. Wyjście z niej czeka niemal za rogiem – należy tylko poszukać i… odważyć się podjąć ryzyko. Varmen jest tu głównym bohaterem i mogłoby się wydawać, że stoi po dobrej stronie. Czytając „Pancernych” nie sposób jednak nie zadać sobie pytania, czy najeźdźcę można kiedykolwiek traktować jako postać pozytywną. Z drugiej zaś strony – czy każdy najeźdźca jest zły i ile mają tak naprawdę do powiedzenia żołnierze, kiedy dostają rozkazy do wykonania? Może to zaledwie 31 stron, jednak autor zawarł tu cały ogrom ukrytych myśli, które pojawiają się w czasie lektury.
Osobiście – chętnie zakupię pierwszy tom z serii „Cienie Pojętnych” – „Pancerni” to bowiem swego rodzaju precel do niej. Myślę, że nie zawiodę się, oczekując naprawdę ciekawej lektury w dobrze przemyślanym i pięknie opisanym świecie. Liczę również na dworskie intrygi, nie można ich bowiem uniknąć, jeśli jakiekolwiek imperium dąży do zawładnięciem sąsiednim państwem. Polecam!

Kolory wojny. Oblężenie Warszawy w barwnej fotografii Juliena Bryana




Za dwa dni Amerykanie będą obchodzić siedemdziesiąta rocznicę ataku Imperium Japońskiego na Pearl Harbour. W związku z tym mały akcent amerykański, choć tak naprawdę książka o Polsce i o zwykłych ludziach.
Julien Bryan, amerykański reporter, przyjechał do Warszawy w pierwszych dniach września 1939 roku, by obserwować początki działań wojennych. Dzięki niemu możemy dzisiaj podziwiać jedyne kolorowe fotografie stolicy w pierwszych dniach wojny, które nie były wykonane na zlecenie propagandy niemieckiej.
Album wydany przez Instytut Pamięci Narodowej i wydawnictwo KARTA to przede wszystkim jednak fotografie czarno-białe, pokolorowane pod okiem artysty jeszcze w 1939 roku. Dlaczego tak niewiele jest zdjęć kolorowych? Odpowiedź jest prosta – jesienią 1939 klisze kolorowe były jeszcze nowością, której się obawiano, a Bryan nie był wyjątkiem. Mi osobiście – nie ujmując niczego historycznej wartości kolorowych – bardziej podobają się barwione zdjęcia, Mają niesamowity urok, nawet, gdy przedstawiają cierpienie i grozę wojny.
Jak powstawały fotografie Warszawy w pierwszych dniach działań wojennych, które miały z założenia doprowadzić do całkowitej zagłady polskiej stolicy? Julien Bryan jechał do Warszawy, by uwiecznić miasto zagrożone konfliktem zbrojnym. Nie spodziewał się, że wojna się już zacznie i w obcym mieście będzie jedynym amerykańskim fotografem, być może jedynym nie-niemieckim fotografem, któremu będzie dane na zawsze utrwalić dla potomności te straszliwe chwile. Poprosił o pomoc prezydenta walecznego miasta, Stefana Starzyńskiego i otrzymał od niego samochód z ochroną i zgodę za fotografowanie wszystkiego, co uzna za godne pokazania światu. W ten sposób upamiętnił Śródmieście, Wolę i Pragę. Jest to historia opowiedziana obrazem, historia miasta, które się nie poddaje i ludzi, którzy mimo cierpienia i lęku starają się żyć normalnie. Bryan tak doskonale oddał klimat tamtych dni i panującego przed siedemdziesięciu laty klimatu, że zbędne właściwie stały się jakiekolwiek opisy do fotografii. Autorzy albumu ograniczyli więc tekst do minimum, przybliżając jedynie historię powstania tych niesamowitych pamiątek. W drugiej części umieścili natomiast opowieści o niektórych bohaterach fotografii, których Bryan odnalazł, gdy w 1958 roku powrócił do polskiej stolicy.
Czego w albumie nie ma? Poza zdjęciami wykonanymi przy pomocy dwóch aparatów Leica, Julien Bryan nakręcił również filmy dokumentujące oblężenie miasta. Rzecz jasna, tego w albumie nie można było umieścić, chętnie bym jednak obejrzała te materiały. Może IPN pewnego dnia wznowi wydawanie albumu i uzyska prawa również do dołączenia na płycie (bądź jakimkolwiek innym nośniku pamięci) również ich.
Warto zauważyć, że poza krótką notką przybliżającą nam postać autora i powstanie niesamowitych dzieł, które stworzył, wszystkie pozostałe teksty w albumie pochodzą właśnie od niego. Tym prawdziwszy staje się ten nietuzinkowy reportaż, gdy to sam artysta opowiada nam, co widzi i czuje. Najbardziej chyba ujmująca za serce jest ta jego wypowiedź: „Przypuszczam, że jako ludzka istota o przyzwoitych odruchach powinienem czuć się fatalnie, widząc samolot spadający razem ze swoim ludzkim ładunkiem. Ale przyłączyłem się do wrzeszczących i wiwatujących dwóch innych Amerykanów z ambasady. Zapomnieliśmy o znajdujących się w Niemczech rodzinach tych lotników. Wiedzieliśmy tylko, że byli przedstawicielami rządu, który od trzech tygodni z zimną krwią zabijał bezbronnych ludzi. Cieszyliśmy się, że nie żyją. Tak właśnie wojna zmienia człowieka.”
Album "Kolory wojny. Oblężenie Warszawy w barwnej fotografii Juliena Bryana" to niesamowita podróż w czasie, zupełnie nowe spojrzenie na wojenną Warszawę i jej mieszkańców, ale przede wszystkim gorzka historia, której nie sposób zapomnieć. To wspaniała i wzruszająca pozycja traktująca wprost o tym, jak straszna jest wojna. Nie ma tu zbędnych słów ani niepotrzebnego patosu – Bryan pokazał zwyczajnych ludzi, na których, jak grom z jasnego nieba, spadły niemieckie bomby. Ludzi, którzy sami muszą sobie poradzić z grozą codziennego ostrzału i niepewnością jutra. O matkach, żonach i kochankach mężczyzn, którzy zostali powołani do armii i którzy mogą nie wrócić. O rodzicach, których dzieci straciły życie w gruzach własnych domów. O ludziach, którzy nie wiedzą jeszcze, jakie straszliwe doświadczenia przyniosą kolejne miesiące. I tych, którzy po prostu nie mają chleba na śniadanie w znajdującej się pod ostrzałem obcych wojsk stolicy, którą przecież tak niedawno odzyskali spod jarzma zaborców.
Julien Bryan opuścił Warszawę przed końcem września, gdy się jeszcze dzielnie broniła. Wrócił do Stanów, które do wojny miały przystąpić dopiero za dwa lata. Jego zdjęcia obiegły świat, nie wywołały jednak większego poruszenia, którego my dzisiaj moglibyśmy się spodziewać po ich ujrzeniu. Dopiero teraz wzbudziły większe zainteresowanie, szczególnie, gdy odnaleziono te wykonane na kolorowym filmie Kodaka.
Rozpisałam się, a tak naprawdę słowa – jak zauważyli autorzy albumu – są zbędne. Wystarczy obejrzeć. Przekonajcie się sami.

czwartek, 1 grudnia 2011

Beowulf - Neil Gaiman i Roger Avary



Przyznaję szczerze – pierwszą część przemęczyłam, jakbym jadła odgrzewanego kotleta (a i za świeżym nie przepadam, więc porównanie trafne). Miałam ochotę odłożyć z powrotem na półkę , ale nie lubię tak zostawiać rozpoczętych książek i… warto było dla drugiej części (chociaż na pewno nie powrócę do tej pozycji).
O niej więc napiszę, starając się wymazać z pamięci pierwszą – nie chodzi nawet o to, że historia jest mi znana. Są powieści, które czytam po kilka razy i mi to nie przeszkadza. Problem? Znana historia walki Beowulfa i Grendela została przedstawiona w tak nudny sposób, że usypiałam nad lekturą.
Część druga – niestety niewiele lepiej napisana, chociaż już tutaj mamy więcej akcji. Poza tym historia jest świeża i interesująca. Zaskakujące były stosunki królewskiej żony i kochanki, ciekawą postacią był się ksiądz. Zrezygnowany, stary i zmęczony Beowulf też okazał się bardziej intrygującą i prawdziwszą postacią niż młodzian-bohater.
Powieść została napisana na podstawie filmu-animacji, swego czasu bardzo wysoko ocenianego. Nie miałam jeszcze okazji obejrzeć (nie chciałam przed lekturą, a później odeszła mi ochota na kolejne spotkanie z Beowulfem). Tym sposobem trudno mi powiedzieć, czy zawinił film, czy autorzy książki.
W każdym razie – nie mogę polecić. Już raczej film – dla, podobno bardzo udanych, efektów specjalnych. Sama pewnie też się ostatecznie skuszę – zdążyłam już odsapnąć po lekturze.

Upadek gigantów - Ken Follett




Pierwszy tom nowej trylogii Kena Folletta to moje drugie spotkanie z tym autorem. Na tom drugi przyjdzie nam jeszcze trochę czekać i był to dość poważny argument przeciwko czytaniu już teraz, jednak zachęciła mnie wcześniejsza lektura „Filarów Ziemi” i ciekawa okładka. Cieszę się, że zabrałam się do lektury już teraz i z tym większym zniecierpliwieniem oczekuję kolejnych części.
Spodobał mi się bardzo pomysł zamieszczenia na początku listy bohaterów z podziałem na kraje i klasy, z których pochodzą. Czułam się, jakbym zaczynała czytać sztukę teatralną i muszę przyznać, że przez całe ponad tysiąc stron czułam się, jakbym oglądała dobre przedstawienie. Naprawdę dobre, mimo kilku niezbyt pochlebnych opinii, z którymi spotkałam się w sieci.
Opowieść rozpoczyna się na kilka miesięcy przed wybuchem pierwszej wojny światowej. W Europie (a także USA) niepokój – co będzie? Na Bałkanach wrze, Niemcy się zbroją, w Rosji panuje nieprzyjemna atmosfera, partia bolszewicka ma coraz więcej do powiedzenia. Tymczasem poznajemy rodzinę walijskich górników, Williamsów i sytuację mieszkańców ich miasteczka, Aberowen. Po chwili, razem z córką Williamsów, Ethel, przenosimy się do majątku Ty Gwyn. Teraz mamy okazję spojrzeć na to, jak żyją angielskie wyższe sfery. Spotykamy hrabiego Fitzherberta, jego żonę, Beę (rosyjską księżniczkę) i siostrę, Maud. Odbywa się właśnie przyjęcie, na które przybyli również Gus Dewar – Amerykanin, Robert von Ulrich – Austriak i Walter von Ulrich – Niemiec, który z wzajemnością zakochuje się w Maud. Razem z nimi za jakiś czas pojedziemy do carskiej Rosji i tam przeżyjemy dramaty wraz z braćmi Peszkov.
Każdy z bohaterów ma jasno wyznaczone miejsce w społeczności, wie, co do niego należy, jakie ma prawa i obowiązki. Wszystko działa niemal jak w zegarku, trybiki są do siebie dopasowane bez zarzutu i wygląda na to, że nic się nie zmieni, choćby nawet wybuchła wojna, której widmo wisi nad kontynentem. Wszystko to zostanie wywrócone do góry nogami, nie mając już nigdy wrócić na dawne i dobrze znane tory. Wojna rzeczywiście wybucha. Nic już nigdy nie będzie takie samo – mechanizm bezpowrotnie uległ zniszczeniu.
Hrabia Fitzherbert i Billy Williams idą do wojska, w szeregach Fizylierów Walijskich walczą na francuskim froncie. Ethel wcześniej traci pracę, gdy okazuje się, że jest w ciąży ze swym pracodawcą (co skrzętnie przed wszystkimi ukrywa). Wyprowadza się z domu i wyjeżdża do Londynu, gdzie zaczyna współpracować z Maud – walcząc o równouprawnienie dla kobiet i pomagając tym, których mężczyźni poszli na wojnę. Ukochany Maud i jego kuzyn również trafiają do armii, jednak po przeciwnej stronie konfliktu. Lev Peszkov, oskarżony o morderstwo, musi uciekać z Petersburga, a jego bratu, Grigorijowi pozostaje zaopiekować się piękną Kateriną, która spodziewa się jego bratanka.
Świat staje na głowie. Na wszystkich frontach Europy giną miliony ludzi. Gus Dewar zostaje doradcą prezydenta Wilsona i próbuje nie dopuścić do tego, by Stany Zjednoczone przyłączyły się do konfliktu zbrojnego. Jednak los postanowi mu pewnego dnia splatać figla.
Groza okopów, bunty w rosyjskiej armii, codzienna niepewność jutra i walka o to, by ujrzeć jeszcze jeden wschód słońca przeplatają się tutaj z bojem o prawo kobiet do wpływu na politykę i o… bochenek chleba dla rodziny w ogarniętej coraz większą biedą Rosji.
Autor – nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości – doskonale zna realia czasów, o których pisze. Wielką politykę przeplata społecznymi debatami, a szpiegowskie spiski spostrzeżeniami delikatnych zmian, tak zdawałoby się nieistotnych w wirze Wielkiej wojny. Urocze wydają się – ale i bardzo inteligentne – wtrącenia na tematy błahe. Najbardziej zapadła mi w pamięć obserwacja Gusa w kwestii damskich kostek, których widok w 1917 stal się już niemal codziennością, a przecież jeszcze tak niedawno budził pożądanie (bądź zgorszenie – w zależności od gustu, tak mężczyzny, jak i właścicielki kostki – przyp. Chani). Takie drobnostki dodają smaczku całej powieści, pojawiając się, jakby znikąd, a przecież z nich właśnie toczy się prawdziwe życie.
Follett jest autorem z doświadczeniem i nieobce są mu również zasady trzymania się realiów społeczno-językowych. Inaczej więc będzie się wypowiadał Fitz, którego arystokratyczne drzewo genealogiczne z pewnością sięga bitwy pod Hastings, a inaczej Billy, górnik z Aberowen. Inaczej ułożony Gus Dewar z kapitalistycznych Stanów Zjednoczonych, a inaczej Grigorij Peszkov – robotnik-buntownik, który marzy o nowej, bolszewickiej władzy w Rosji. Również ich wiedza ogólna (naukowa) i społeczna, a także świadomość polityczna muszą się różnić.
Wojna jednak, jak to zwykle bywa – dobiega końca i należy się odnaleźć w zupełnie nowym świecie – gdzie reguły dopiero będą powoli powstawały, a wpływ na nie będą mieć znacznie szersze kręgi niż przed jej wybuchem. To zupełnie inna codzienność i nowe wyzwania, nie mniej ważne od walki na froncie. Czy jednak naszym bohaterom uda się przyzwyczaić do tego, że to, co znane i tradycyjne, przeminęło?
Powieść kończy się w roku 1924 – minęło kilka lat od podpisania traktatów pokojowych, ale świat nadal nie jest spokojny. Państwom i narodom trudno się podnieść po wojennych klęskach i pogodzić z przegraną. Zwycięzcy też nie maja łatwo – pogłębia się kryzys gospodarczy, narastają niepokoje społeczne. Jak potoczą się losy naszych bohaterów w tej nowej rzeczywistości? Poznany początki, na ciąg dalszy przyjdzie jeszcze trochę poczekać - przynajmniej do przyszłego roku.
To zajmująca lektura, pełna różnych charakterów, z których każdy został naprawdę dobrze przemyślany i opisany. Spektakularna epopeja, w której Wielka wojna jest tak tłem wydarzeń, jak i jednym z bohaterów. Jej groza ma nas przestrzec przed popełnianiem podobnych błędów w przyszłości. Błyskotliwe spostrzeżenia i pięknie wprowadzone do całości postaci historyczne są dodatkową wisienką na szczycie kremowego tortu. Z resztą – 1068 stron pozwala na rozwinięcie skrzydeł, które Folletta wzniosły na prawdziwe wyżyny literackiej doskonałości.
Minusy? Muszę jeszcze przynajmniej kilka miesięcy czekać na kolejną część, trzecia natomiast ukaże się dopiero w 2014 roku. Długo, za długo…
Cóż – tomiszcze pokaźnych rozmiarów, to i recenzja się wydłużyła. Polecam gorąco – chyba przede wszystkim tym, którzy uważali dotychczas historię za naukę polegającą na wkuwaniu dat i nazwisk. Przekonacie się, że jest to dziedzina ciekawa i warto ją poznać, choćby po to, by uczyć się na cudzych, a nie własnych błędach. Miłośnikom historii lub Folletta z pewnością polecać nie trzeba – sami zajrzą do „Upadku gigantów” i nie pożałują. Prawdziwa uczta literacka.

środa, 30 listopada 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.8)

Knut przyszedł do niego rano, zaraz po śniadaniu. Przyniósł kilka zdjęć i odręcznie skreślony życiorys Nikołaja Nowickiego. Gdy Mike skończył czytać, wiedział już, że jego ojciec ożenił się dwa lata temu z tą kobietą, która wyrwała go z rąk Knuta poprzednim razem i której nie wolno się było do niego zbliżać. Matka pewnie wiedziała, że to żona Nikołaja i dlatego nie chciała, żeby z nią rozmawiał. Tylko czego ona od niego chciała? Wydawała się miła, ale z tego, co mówił Knut, była wariatką i chciała go porwać. Właściwie, co zrobił Knut, jak nie porwał go właśnie? Obiecał co prawda, że pozwoli mu wrócić do domu, jak tylko opowie mu wszystko o ojcu. Wysłucha teraz uważnie tej historii, a później wróci do mamy. Biedna, na pewno się o niego martwi. Ciekawe, jak bardzo Paul się cieszy, że jego brat gdzieś zaginął?
*
- Co Nikołaj pani o nas powiedział? – zapytała Sara, nalewając do filiżanki kawę. Była strasznie zdenerwowana i trzęsły jej się ręce. Upuściła kilka kropli napoju na obrus, szybko próbowała wytrzeć, zająć się czymś, żeby nie martwić się za bardzo o syna.
- Nic mi nie powiedział. Nawet nie wiem, czy zamierzał. Podobno napisał do pani przed śmiercią, że chce się zobaczyć z Michaelem. Mi nie powiedział niczego, po czym mogłabym poznać, że grozi mu niebezpieczeństwo, albo że ma jakąś rodzinę. Nie wiedziałam ani o pani, ani o Michaelu, ani o Alexandrze. Ale po pani zachowaniu wnioskuję, że pani cały czas znała prawdę.
- Wiedziałam, że się ożenił z tego listu, który napisał na kilka tygodni przed śmiercią. Wcześniej milczał. Wysyłał jedynie pieniądze na utrzymanie Michaela. Ale nie odzywał się od czasu, kiedy się wyprowadził.
- Właściwie nie to miałam na myśli, nie siebie, ale to, kim był i kim jest Mike.
- To wiedziałam. Napisał w liście pożegnalnym. W pierwszej chwili myślałam, że robi sobie ze mnie niesmaczne żarty i po prostu ucieka przed odpowiedzialnością, przed moją ciążą. Ale szybko dotarło do mnie, że nie zmyślał.
- Saro, wiem, że to nie jest dla ciebie łatwe. Przypuszczam, że wołałabyś mnie w ogóle nie oglądać. Ja również nie jestem najszczęśliwsza z powodu tego wszystkiego, czego dowiedziałam się ostatnio o Nikołaju. Ale życie pani syna jest teraz najważniejsze. Musimy ustalić, gdzie i kiedy był ostatnio widziany. I z kim. Jeżeli ma go Knut to sprawa jest bardzo ciężka.
Sara nie wytrzymała i zaczęła płakać. Kiedy była z Nikołajem, życie było zupełnie inne. Była szczęśliwa. On powodował u niej wewnętrzny spokój. Mimo śmierci Johna, potrafiła się odnaleźć, wychować Paula. Wszystko dzięki Nikołajowi. Czy gdyby wiedziała, ile problemów przysporzy jej ten związek, odważyłaby się zaryzykować? Nigdy nie przestała kochać Nikołaja. Miała nadzieję, cichą nadzieję, której starała się pozbyć przez lata – że pewnego dnia zapuka do jej drzwi i stworzą szczęśliwą rodzinę. Gdy dostała list zaadresowany jego pismem, serce zaczęło mocniej bić. Pierwszy raz od ponad sześciu lat się do niej odezwał. Może chciał wrócić… Nie – chciał zobaczyć Michaela. Wystarczy. Przynajmniej pozna syna. Przynajmniej Mike będzie miał okazję spotkać się z ojcem. Nie chciał wrócić, pisał, że grozi mu niebezpieczeństwo i chce zobaczyć syna, zanim będzie za późno. Było za późno… Nie żyje. A teraz zaginął ich synek…
*
Sara zgłosiła na policji zaginięcie Michaela zaraz po wyjściu Magdaleny. Szanse, że to coś pomoże, były jednak nikłe. Jedynie Magdalena widziała Knuta, żaden funkcjonariusz nie posiadał tej zdolności. Nadzieja w tym, że któryś z nich odnajdzie jego towarzyszkę.
- Kim ona jest, Alexandrze, ta dziewczyna, którą spotkałam na lotnisku? Czy ona mu pomaga? – Magdalena pamiętała, jaki strach wzbudził w niej Knut i zastanawiała się już od tamtej chwili, jak to możliwe, że nie wzbudzał go w tej małej.
- Niezupełnie mu pomaga. To znaczy teraz już zapewne tak. I jeśli to on ma Michaela, to ani się nie obejrzymy i chłopak też będzie po jego stronie. Dlatego tak ważne jest, byśmy się pospieszyli. Knut… potrafi tak zawładnąć cudzym umysłem, że człowiek zrobi dla niego wszystko. Jest bardzo niebezpieczny. Chiara… dla niej nie ma już szans.
- Znasz ją?
- Trudno tak powiedzieć. Widziałem ją, kiedy miała zaledwie kilka dni. Później już nie.
- Po co jest potrzebna Knutowi? Myślałam, że zależy mu jedynie na Nowickich.
- Ona jest Nowicką. Jest córką mojej siostry, Konstancji.
*
Po śmierci bliźniaków Konstancja zupełnie się załamała. Nie mogła jeść, pić, spać. Alessio był przy niej cały czas, ale bywały chwile, kiedy szczerze pragnął znaleźć się gdzieś daleko. Również przeżył boleśnie śmierć synów. Winnego wypadku nie odnaleziono. Policja obiecywała, że robi, co w jej mocy, ale to nie wystarczało. Ich dzieci nie żyły.
Zostawił Konstancję samą, gdy tylko tabletki nasenne poskutkowały i poszedł do pokoju Chiary. Mała leżała w kołysce, zupełnie nieświadoma, jaka tragedia wstrząsnęła jej rodziną. Spojrzał na córeczkę i ucałował ją w czółko.
- Mamusia też cię kocha, Chiaro. Jak tylko wyzdrowieje, znów będzie z tobą. Uratujemy ten dom i znowu będziemy szczęśliwi. Oboje ciebie kochamy.
*
- Boże, ilu was jest? Myślałam, że Nikołaj był jedynakiem, a nagle okazuje się, że było was… ilu? – To już przechodziło ludzkie pojęcie! Skoro było ich tak wielu, to czy nie mogli jej tego powiedzieć od razu? Jaki był sens ukrywania tego, zastanawiała się Magdalena.
- Wielu… Ale tylko troje dotrwało do współczesnych czasów. Julek zginął jako dzieciak, podobnie wiele innych. Inni umierali w kwiecie wieku, jak nasz brat Pietia. Jedynie Nikołaj, Konstancja i ja przeżyliśmy tak długo. Dwoje dzieci Konstancji już nie żyje, a skoro Chiara przebywa od jakiegoś czasu z Knutem to znaczy, że nie ma już dla niej ratunku. Został już tylko Mike. On jest ostatnim z nas, Magdaleno. Ja nie jestem ważny – wcześniej czy później umrę, a dzieci mieć nie mogę. Mike jest ostatnią nadzieją na to, że nasz ród nie zginie.
*
- Teraz już wiesz wszystko. Przynajmniej wszystko, co musisz wiedzieć w tej chwili. Resztę sam zobaczysz.
- To nieprawda! – krzyknął Mike. Nie wierzył w to, co mu powiedział Knut. Może miał rację co do Nikołaja – skąd mógł wiedzieć, skoro nigdy go nie poznał, ale nie Sara. Nie matka. Knut się mylił. – Moja mama jest dobra i mnie kocha – w głębi duszy zawsze miał żal do ojca, że ich tak zostawił. Pieniądze nie rekompensowały jego braku. – Moja mama mnie kocha.
- Kocha? Jesteś tego pewien? – Knut wyprosił Chiarę z pokoju jedynie ruchem ręki, nawet nie odwracając głowy od chłopca. – Dlaczego więc udaje, że nic nie widzi? Dlaczego pozwala na to, żeby Paul cię krzywdził?
- Mama nie wie. Ona myśli, że jestem taki niezdarny i ciągle się przewracam, albo wchodzę w ściany. Zawsze jej tak mówię, a ona mi wierzy. Ona mnie kocha. Mylisz się co do niej.
- Jest twoją matką. Powinna widzieć, czuć, że dzieje się coś złego, że ktoś cię krzywdzi. Nie jest przecież ślepa i głucha. Udaje, że ci wierzy, bo chroni Paula. Bo kocha go bardziej. Jest synem jej męża, a ty jedynie wpadką z innym mężczyzną, który na dodatek ją zostawił. Przypominasz jej o tym. Że był i odszedł. Rozumiesz? Przecież czujesz, że całe życie coś przed tobą ukrywa. Dlaczego nie chciała ci opowiedzieć o ojcu?
- To nieprawda, nieprawda – zaczął chlipać. Tak, nie chciała mu powiedzieć o ojcu, ale musiała mieć swojej powody. Przecież nie robiła tego po to, by sprawić mu przykrość. Teraz wiedział, że Nikołaj się ponownie ożenił i pewnie to jeszcze bardziej dobiło matkę. Z pewnością chciała mu wszystko powiedzieć, kiedy trochę podrośnie. – Mama mnie kocha…
- Nie rycz, jesteś mężczyzną. Mażesz się, jak baba – uderzył Michaela w twarz i obserwował, jak zareaguje. Mike spojrzał na niego pełen złości i przejechał dłonią po policzku – wszelki ślad uderzenia natychmiast zniknął. „Nawet nie wiedzą, jaki on jest nadzwyczajny” – pomyślał Knut i uśmiechnął się pod nosem.

wtorek, 29 listopada 2011

Rok 1661 - Yves Jego Denis Lepee




Francja Ludwika XIV, walka o władzę, dworskie intrygi, stawiający zawsze kropkę nad „i’ dostojnicy kościelni. Do tego wszystkiego teatralni aktorzy i młody Gabriel, który dla ziszczenia swych marzeń porzucił rodzinny, szlachecki dom i postanowił grać na deskach paryskiego teatru oraz jego ukochana Louise, królewska nałożnica.
Rzecz zapowiadała się rewelacyjnie, niestety… znudziła mnie, zmęczyła i kiedy ją skończyłam, czułam ulgę, że nie jest dłuższa. Mimo wszystkich tych zachęcających elementów, całość była przedstawiona po prostu nieładnie. Nie przypadł mi do gustu żaden z bohaterów, a to już bardzo dziwne, ponieważ nie jestem pod tym względem nazbyt wymagająca. Nie chodzi nawet o to, że lubię jedynie pozytywne postaci. Często zdarza się, że wolę w powieści „czarny charakter”. W „Roku 1661” wszyscy bohaterowie zdawali się pokazani jednakowo. Nawet Król-Słońce nie odbiegał daleko od reszty dworzan, czy nawet trupy teatralnej. Być może taki był zamysł autora – pokazać Ludwika jako zwykłego człowieka. Jednak nie mogę się z tym pogodzić – to władca nieprzeciętny, postać barwna i nietuzinkowa, co należy wykorzystać. Skucha…
Ciekawie zapowiadał się wątek tajemniczej teczki, którą rabusie niechcący zagubili z teatrze i tym sposobem dostała się w ręce Gabriela. Muszę przyznać, że i tu moja ciekawość szybko przerodziła się w niecierpliwość. Najbardziej interesujący i rzeczywiście wciągający był wątek związany z ojcem Gabriela.
Uczucie Gabriela do Louise i jej zapatrzenie we władcę? To byli dorośli ludzie, którzy zachowywali się jak nastolatki. Ich niezdecydowanie mnie nie przekonało. Krótko i zwięźle – można przeczytać w ciemny i chłodny zimowy wieczór, jeśli rzeczywiście nie ma już niczego innego.
Życzę, byście nie zgodzili się z moją opinią po zakończeniu powieści.
Na pocieszenie – książka ładnie prezentuje się na półce, ponieważ ma naprawdę ptrzepiekną okładkę.

Tajemnica trzynastego apostoła - Michel Benoit



Jeden ze znajomych (przeczytał tę powieść tuż po mnie) powiedział po jej zakończeniu, że autor musiał bardzo nienawidzić Kościoła. Szczerze mnie ta opinia zaskoczyła. Owszem – książka przedstawia wiele tez niezgodnych z nauczaniem Kościoła, jednak nie ma w niej nienawiści. Po pierwsze – to przede wszystkim powieść sensacyjna z głównym wątkiem religijnym. Po drugie – daje dużo do myślenia, ale daleka jest od „nawracania”. Po prostu – każe się zastanowić nad tym, co przyjmujemy za oczywiste i jasne. Jestem osobą wierzącą i wcale nie czuję się urażona historią opowiedzianą w „Tajemnicy trzynastego apostoła”. Zacznijmy jednak od początku.
Liczbę i imiona uczniów Chrystusa znamy z czterech Ewangelii. Dzisiaj jednak każdy przeciętnie inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę, że ewangelii spisano znacznie więcej i te, które zostały przyjęte do „kanonu” to jedynie wycinek historii. Pozostałe księgi, zwane apokryfami, znacznie poszerzają naszą wiedzę o początkach chrześcijaństwa – chociaż niektórzy nadal negują ich autentyczność (już nie samo istnienie, ponieważ stało się to niemożliwe).
Dan Brown przekonywał nas swego czasu, że jednym z apostołów była Maria Magdalena, co oznaczało, że Jezus zrównał kobietę z mężczyzną. Michel Benoit idzie w jeszcze innym kierunku. Co, jeśli apostołów było więcej i jakie mogło to mieć znaczenie dla dziejów Kościoła?
Czasy współczesne. Pociągiem z Rzymu do Paryża podróżuje ojciec Andriej. Ginie w tajemniczych okolicznościach. Wyjaśnienia sprawy podejmuje się jego przyjaciel, ojciec Nil. Znajdzie ją w manuskrypcie sprzed dwóch tysięcy lat, z którego dowie się o istnieniu wykluczonej ze społeczności pierwszych chrześcijan sekcie Nazareńczyków i trzynastego ucznia Jezusa. To ten właśnie bogaty i wpływowy człowiek zapewnił Jezusowi poważanie niektórych ważnych osobistości, a Judaszowi… wystąpienie przed Sanhedrynem i oskarżenie Nauczyciela. Istnienie trzynastego apostoła – ukochanego ucznia Jezusa, o którym znane nam Ewangelie wspominają niejeden raz (przyjmuje się, że mowa jest wówczas o Janie) zmienia całkowicie postrzeganie pierwszych lat nowej wiary. Dlaczego jednak Kościołowi przez wieki tak bardzo zależało na jego ukryciu, że został całkowicie wymazany ze stronic historii? O tym już w samej powieści.
Przyznaję, że przypadło mi do gustu znacznie bardziej, niż powieści Dana Browna (które – swoją drogą – są ciekawe i które lubię). Autor ten bowiem ma brzydki nawyk robienia z czytelnika przygłupa, który w niczym się nie orientuje i dla którego to, co on napisze musi być wielkim odkryciem. Otóż, Panie Brown – Europejczycy są mądrzy i niektóre z Pańskich teorii są nam znane od lat, nie mówiąc już o historycznych prawdach, o których uczymy się już w szkole podstawowej, a które Pan przedstawia jako sensacje znane jedynie wybitnym specjalistom w danym temacie. Benoit tego nie robi i ma nas za równych sobie i to mi się bardzo podoba. Jeśli przedstawia coś nowego, to czuć rzeczywiście powiew świeżości. Piąteczka z plusem.

Ale zbaw nas ode złego - Romain Sardou



Uwielbiam kryminały. Interesuję się historią Kościoła. Zastanawiają mnie cuda, święci i relikwie. Powieść Sardou jest dla mnie idealna – nie będę więc w pełni obiektywna w ocenie, ale któż i kiedy jest w takich sytuacjach?
Już sama okładka – co prawdopodobnie nie jest zasługą autora – jest zaskakująca i intrygująca. Mnie w każdym razie do dzisiaj intryguje, a minęło już kilka miesięcy odkąd powieść przeczytałam i odstawiłam do biblioteczki. Warto się jej przyjrzeć i się nad nią chwilę zastanowić.
Fabuła dzieje się w latach osiemdziesiątych trzynastego wieku. Przedłuża się trwająca od kilku miesięcy sediwankacja (okres między opuszczeniem papieskiego tronua ponownym jego obsadzeniem). Rzym to miasto pełne zdrad, nienawiści i ukrytych planów w planach, których mistrzem jest kardynał Artemidore de Broca.
Zupełnie odmienne jest Cantimpre,, w którym pasterzem dusz jest młody i piękny ksiądz Aba. Niewielka wioska jest w całej okolicy znana jako miejsce cudów. Sielankowe (o ile tak można nazwać średniowiecze) życie jej mieszkańców zostaje zburzone w chwili, gdy na księdza i nauczane przez niego dzieci napadają tajemniczy mężczyźni w czerni i porywają jednego z chłopców, a jego poważnie raniąc, na zawsze już odbierają piękną twarz i jedno oko. Od chwili przebudzenia Aba postanawia odbić chłopca(swojego synka!), rusza więc w drogę – z pokaleczoną twarzą i czarną opaską na oku.
W tym samym czasie poznajemy Benedicta Gui – znanego w stolicy Piotrowej z inteligencji, sprytu i pomysłowości człowiek zaczyna nowe śledztwo. Dzięki, tak dobrze nam znanej z powieści o Sherlocku Holmesie powieści, sztuce dedukcji próbuje wyjaśnić tajemnicze zniknięcie młodego mężczyzny, który był pomocnikiem kardynała Rasmussena, Promotora Sprawiedliwości w pracach dla Świętej Kongregacji.
Co wiąże te historie i dlaczego tajemniczy mężczyźni w czerni porywają w okolicy dzieci w różnym wieku, które zdają się mieć zdolności ponad ludzką miarę? Jakie miejsce w tym spisku przeciw (czy na pewno przeciw?) bezbronnym ma córka de Broci?
To opowieść o determinacji, intrygach, grzechach i cudach, a także o ojcowskiej miłości i sile umysłu. Spiski i oszustwa rzymskich dostojników przeciwstawiono czystość i niewinność dzieci. To jednak nie jest historia o dobrych i złych – nikt tu nie jest płytki i jednoznacznie określony. Ojciec Aba – ksiądz z małej mieściny, który kocha Boga ponad wszystko, jest skromny i spełnia się w posłudze bożej zmienia się pod wpływem jednego wydarzenia, stając się żądnym zemsty ojcem, dla którego liczy się jedynie odbicie synka i zniszczenie tych, którzy są odpowiedzialni za jego porwanie.
To wciągająca i pasjonująca opowieść, w której tajemnicze siły współistnieją ze zwykłymi ludzkimi słabościami, tworząc niesamowity krajobraz średniowiecznego kraju pełnego zabobonów. Osobiście – zamierzam zajrzeć do pozostałych książek autorstwa Romaina Sardou,

poniedziałek, 28 listopada 2011

The Last Days of Krypton - Kevin J. Anderson



Historię Supermana każdy z nas – lepiej lub gorzej – zna. Zakładając nawet, że nie mielismy nigdy w rękach żadnego komiksu – jest to postać tak popularna, że nie sposób sobie wyobrazić kogokolwiek, kto nie wiedziałby kim i skąd jest Clark Kent. W “The Last Days of Krypton” (czyli jednym słowem – “Ostatnich dniach Kryptona”) poznajemy przyczyny, dla których chłopiec został wysłany na Ziemię i co tak naprawdę stało się z jego rodzinną planetą. Kevin J. Anderson w piękny sposób opowiada nam baśń o Kryptonie i jego mieszkańcach.
Poznajemy więc trochę szalonego naukowca, Jor-Ela i jego wielką miłość, piękną Larę – rodziców Kal-ela (dla tych, którzy jakimś dziwnym zrządzeniem losu nie wiedzą – tak brzmi kryptońskie imię Supermana). Razem z nimi oglądamy rozwijającą się planetę, jej ludność, zwyczaje, tradycje i… złe nawyki, które pewnego dnia doprowadzą do zagłady całego ludu. Mamy również okazję zrozumieć, skąd wzięła się nienawiść pomiędzy Jor-Elem i generałem Zodem, który przecież nie raz jeszcze pojawi się w znanych nam historiach o Supermanie. Zwiedzając piękne miasto Kandor i ruiny tajemniczego Xan City nie jeden raz czułam na ciele ciarki. Opisy są tak skonstruowane, że miałam wrażenie, jakbym po Kryptonie wędrowała wraz z bohaterami historii. To piękny świat i prawdziwy żal ściska serce, że przepadł (naprawdę, zapomina się, że to jedynie fikcyjna planeta). Wzruszyłam się wielokrotnie, nie tylko wtedy, gdy Jor-El i Lara wysłali małego synka w nieznane. Jest to wspaniała historia, pełna barwnych, pełnowymiarowych postaci, bogata w opisy nieprzeciętnych miejsc, intryg i namiętności, a także niepospolitych wynalazków. Krypton oraz główni bohaterowie powieści mają tak samo wielki wpływ na późniejszą osobowość Człowieka ze Stali, jak Marta i Jonatan Kentowie (a to dzięki systemom zamontowanym w kapsule, którą ostatni Kryptonianin – tak to sie chyba powinno po polsku mówić – dotarł do swego nowego domu).
Nie sposób także nie docenić okładki, która jest prawdziwym majstersztykiem. Osobiście po raz pierwszy widziałam okładkę tego typu. Być może w Stanach jest to popularne, u nas jednak pachnie jeszcze nowością, mimo że technika jest mi znana już od lat 90 (pamiętam linijki, które można było oglądać w ten sposób). Gratuluję pomysłowości w zastosowaniu – dodaje powieści charakterku i… rzeczywiście zapowiada historię z obcej planety.
Mam szczerą nadzieję że pewnego dnia doczekamy się polskiego tłumaczenia.

piątek, 25 listopada 2011

Ostatni papież - Luis Miguel Rocha






Kolejny kryminał z religią w tle (a może roli drugoplanowej?). Porywający wyścig z czasem i ścigającymi główną bohaterkę mężczyznami przerywany jest znacznie spokojniejszą historią Jana Pawła I. Co ciekawe – opowieść o papieżu opowiedziana jest od tyłu – najpierw czytamy o jego śmierci, następnie dopiero o początkach jego posługi na tronie piotrowym, później wcześniejsze losy. Jest to bardzo interesujący zabieg, dodający całej powieści smaczku.
Przed kim i dlaczego ucieka dziennikarka Sarah Monteiro? Czym jest tajemnicza organizacja P2 i dlaczego na jej liście znalazło się nazwisko ojca naszej bohaterki? Kim jest przystojny mężczyzna, który jej pomaga? To tylko niektóre z pytań, które nasuwają się przez blisko czterysta stron. Jednak najważniejsze pytanie zadajemy już sobie na początku – jak naprawdę doszło do śmierci papieża? Czy umarł z przyczyn naturalnych?
To fascynująca powieść o kulisach – podobno istniejącej po dziś dzień – tajnej organizacji kościelnej zrzeszającej wielu prominentnych biznesmenów i polityków – ludzi, którzy mają rzeczywistą władzę i od których zależy nasza codzienność (z czego, oczywiście, nie zdajemy sobie sprawy). Zabieg polegający na pokazaniu posługi papieskiej od jej zakończenia do początku bardzo przypadł mi do gustu – zaskoczył z pewnością na początku, ale okazał się bardzo udany. Jest swego rodzaju lustrzanym odbiciem szybko biegnącej do przodu akcji, którego uczestniczką jest Sarah.
Minusy? Ja, niestety, bardzo szybko domyśliłam się tożsamości tajemniczego przystojniaka, który uratował naszą bohaterkę.
Książka jest napisana ładnym językiem, ma dużo zwrotów akcji, próbuje odpowiedzieć na pytanie, które ludzie zadają sobie od przeszło trzydziestu lat. Poza tym jej autor daje nam do zrozumienia – mniej lub bardziej bezpośrednio – że chociaż historia Sarah jest fikcyjna, to P2 istnieje rzeczywiście i… trzyma jeszcze w ręku niejednego asa.
Polecam, jako dobrą lekturę dla osób, które lubią kryminały. Nie należy jednak liczyć na głębokie przemyślenia w czasie czytania, czy po jego zakończeniu – to powieść akcji.

czwartek, 24 listopada 2011

Pałac Północy - Carlos Ruiz Zafon



Kolejna powieść Carlosa Ruiza Zafona zaskoczyła mnie swoją scenerią. Przywykłam już, że autor swe historie umiejscawia w Hiszpanii, skąd pochodzi. Pałac Północy z kolei rozgrywa się w dalekich Indiach, należących jeszcze do Korony Brytyjskiej (historia opowiada o wydarzeniach pomiędzy 1916 a 1932 rokiem).
Tym razem zacznę od krytyki, a zakończę wisienkami na torcie czekoladowym. Najbardziej nieprawdopodobne w tej powieści zdają mi się sceny, które autor z pewnością zaplanował sobie jako realne. Z punktu widzenia jako takiej wiedzy historyczno-społecznej nie mogę sobie zupełnie wyobrazić, jak to się stało, że:
- jesteśmy w Indiach
- mamy pierwszą połowę dwudziestego wieku
- nasi bohaterowie zamieszkują dom dziecka…
a jednocześnie mają dostęp do archiwów miasta, potrafią czytać w językach obcych i nieraz czynią nawiązania do europejskiej kultury, których nie powstydziłby się dobrze wykształcony, współczesny nam dorosły. Oj, chyba wodze fantazji tym razem pana Zafona zapędziły w kozi róg. Trudno sobie wyobrazić nawet nastolatki z bogatych domów, które maja taką wiedzę i znajomości, a co dopiero wychowanków domu dziecka, czyli w tamtych czasach i tamtym kraju – przechowalni dla biednych, pokrzywdzonych losem istot, które po wyjściu z niej skazane były na dozgonne żebractwo.
Tyle moich krytycznie niepochlebnych uwag. Poza tym powieść jest urzekająca i prawdziwie magiczna, a nadto bardzo wzruszająca. Otóż paczka szesnastolatków ma wkrótce opuścić dom dziecka, w którym się wychowali. Od lat zbierają się po nocach w tajemniczym Pałacu Północy, jako Chowbar Sociey – klub młodych, którzy poprzysięgli sobie zawsze pomagać. Klub ma właśnie zostać rozwiązany, a nasi bohaterowie rozjechać się po kraju. Tymczasem u dyrektora placówki pojawia się stara kobieta z wnuczką i tej nocy wszystko ma ulec zmianie.
Tajemnice rodzinne, kłamstwa dla dobra sprawy, groza oraz bezgraniczna i bezwarunkowa miłość córki do ojca, którego nie miała okazji spotkać… wszystkiego tego dostarczają nam kolejne stronice powieści, pokazując jednocześnie mroczną Kalkutę, w której za każdym rogiem czyha niebezpieczeństwo.
Jak zakończy się ta przygoda i czy rodzina zostanie w końcu zjednoczona i uratowana przed wiszącą nad nią od szesnastu lat klątwą? Zapraszam do lektury.

Wedding Silk - Brian Herbert i Kevin J. Anderson




Historia opowiadania „Wedding Silk” wyjaśnia w pewnym stopniu niektóre argumenty, które przytoczę poniżej, w związku z czym wspomnę o niej. Początkowo był to jeden z rozdziałów jednej z najnowszych powieści Briana Herberta i Kevina J. Andersona – „Paul of Dune” (polskie tłumaczenie – „Paul z Diuny”). Przy jednej z ostatnich korekt autorzy postanowili jednak wyekstraktować ją w osobne opowiadanie, tłumacząc, że niewiele wnosiła do całości. Mieli rację – w gruncie rzeczy nie wiem, jaki był cel opisania tego zdarzenia z młodości Paula.
Muszę przyznać, że ostatnie trzy, może cztery akapity są ciekawe psychologicznie i mają jakieś znaczenie w kształtowaniu się osobowości przyszłego Imperatora. Reszta natomiast – jest przygodową historyjką, w której główni bohaterowie walczą z wielkimi… ćmami. Przez pierwsze dwie strony czułam się, jakbym czytała opis ze świata „Avatara” i choć było to ładne – nie pasowało do uniwersum Diuny.
Być może, gdybym była już po przeczytaniu powieści, łatwiej byłoby mi połapać się, o co w tym wszystkim chodzi, ale niestety jeszcze się do niej nie zabrałam. Oznacza to, że z czterech bohaterów tego opowiadania dwóch było dla mnie zupełnie nowych i nie bardzo potrafiłam ich jakoś dopasować i umiejscowić na planecie Ekaz. Ponadto pomysł ślubu księcia Leta wydaje mi się w ogóle nietrafiony (domyślam się, że w powieści więcej o nim przeczytam), gdyż nigdy nie było o nim wspomniane w oryginalnym Sześcioksięgu. Już wcześniejszy jego związek opisany w Rodach wydawał się stworzony na siłę, ale ciekawie opisany, więc przymknęłam oko, ale kolejny? Nie, Panowie, chyba nie najlepsza formuła.
Cóż, może jeszcze do „Wedding Silk” powrócę po przeczytaniu całej powieści i wtedy inaczej spojrzę na to – króciutkie przecież – opowiadanie. Na razie jednak uważam, że jest ono najsłabsze ze wszystkich, które napisali kontynuatorzy Franka Herberta. Mimo wszystko liczę, że opowiadanie zostanie przetłumaczone na język polski.

wtorek, 22 listopada 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.7)

- Znałeś ich? – zapytała Magdalena, biorąc do ust kanapkę. Nie chciała, żeby Alexander wiedział, jak bardzo boli ją to wspomnienie. – Znałeś Julka i jego ojca?
- Znałem… – odpowiedział i przysiadł się. Siedział chwilę zadumany, pogrążony we własnych myślach i jakby przygnębiony tym pytaniem. – Julian był naszym najmłodszym bratem. Nie wiedziałem, że go znałaś.
- Bratem – wyszeptała z niedowierzaniem. Kolejny brat. To nie mógł być przypadek. Ta rodzina zdawała się ją prześladować od najmłodszych lat. – Czy Nikołaj wiedział, że znałam Julka?
- Nie sądzę. Nie odzywał się do mnie od bardzo dawna, ale gdyby wiedział, powiedziałby mi o tym. Julian był naszym ulubieńcem. Stosunki z Nikołajem popsuły się właśnie po jego śmierci. Nie potrafił wybaczyć ojcu, że do tego dopuścił. Wówczas właśnie odsunął się od rodziny.
- Przecież byliście wówczas dziećmi…
- Ledwie mogę oddzielić czasy, kiedy byłem dzieckiem od tych, które pamiętam poprzez krew moich przodków. Nie wyglądam na swój wiek, Nikołaj też starzał się nieco wolniej niż zwykli mężczyźni. Kiedy urodził się Julek, obaj byliśmy już dorosłymi mężczyznami. Nikołaj podjął decyzję, że opuszcza rodzinę, ja zostałem.
- Ile masz lat?
- Powiedzmy, że pamiętam jeszcze dwóch poprzednich Strażników.
*
Alexander powiedział już Magdalenie to, co powinna wiedzieć. Więcej naprawdę nie musiała. Kiedy ten koszmar się skończy, będzie mogła odejść i zapomnieć. Alexander też nie musi wiedzieć wszystkiego. Fiodor obiecał Nataszy zachować tę tajemnicę i dotrzyma słowa. Jak zawsze. Poza nim zna ją jedynie i tylko częściowo Knut. Nie może dopuścić, żeby Alexander się dowiedział. Ta tajemnica pójdzie z nim aż do grobu.
*
- Masz dzieci, Alexandrze? – jedno niewinne pytanie, a zabolało jak kula armatnia wystrzelona prosto w serce.
- Nie…
- Dlaczego?
- Nie każdy może mieć dzieci, Magdaleno. Czasami…
- Przepraszam, myślałam, że wy wszystko możecie – poczuła się głupio. Nie chciała mu dopiec, ale nie wiedziała, jak zareagować. Pamiętała, jak rozmawiali z Nikołajem o dzieciach. Czuła wówczas, że dla niej nadszedł już czas, a mąż chciał jeszcze czekać. Mówił, że nie jest jeszcze gotowy, że są za młodzi. W jego wieku… Tymczasem miał syna, już nie tak małego syna. Kto wie, czy wcześniej już nie miał innych dzieci. Być może miał, tylko nie przeżyły do dzisiaj. Alexander natomiast nie posiadał potomstwa i widziała, że go to boli i jest mu z tym ciężko.
- Nikt nie może wszystkiego.
*
Skąd mógł wiedzieć, że to jego wina? Że to on nie może mieć dzieci, a nie jego żona? Winił ją za to, że mimo tylu lat małżeństwa nie dała mu potomka. Sonia się starzała, niedługo będzie musiał odejść – zanim się spostrzeże, że on nie posuwa się wiekiem, tak jak ona. Zanim ktokolwiek zauważy. Kochał ją, a jednak nie mógł jej wybaczyć, że nie dała mu syna. Albo chociaż córki – dziecka, któremu pewnego dnia przekaże całą swoją wiedzę.
Kniaź zbierał wojów. Zabierze się z nimi. Przynajmniej Sonia nie będzie cierpiała myśląc, że ją opuścił. Pomyśli, że zginął gdzieś w bitwie. Tak będzie dla niej lepiej. Chociaż tyle spokoju może jej dać. Za jakiś czas o nim zapomni i być może na stare lata znajdzie innego mężczyznę. On też za kilkadziesiąt lat zapomni. Ożeni się ponownie, założy rodzinę, tym razem spłodzi potomka.
*
- Minęło kilkaset lat, zanim dotarło do mnie, że wina leży po mojej stronie, a nie moich… – zastanawiał się, jak wiele chce jej powiedzieć. Z resztą teraz to już nie ma znaczenia. Magdalena wiedziała już tyle, że jedna informacja więcej czy mniej nie zrobi różnicy. Tylko od niego zależało, czy zechce się z nią dzielić swoją historią. Fiodor nie miał powodów, by protestować.
- Kobiet…
- Moich żon.
Tyle setek lat… Ile żon pochował? Od ilu odszedł? Ile kobiet musiało przez niego cierpieć i ile on sam musiał wycierpieć przez to, że one zawsze umierały, a on zostawał sam? Sam i bez dzieci. Teraz znów został sam na świecie, nie żyją również jego bracia. Z całej rodziny pozostał mu jedynie bratanek, Mike. I był w niebezpieczeństwie, a ona jeszcze się zastanawiała, czy mu pomóc.
- To kiedy zamierzasz złożyć Sarze kolejną wizytę?
- Przecież wiesz, że nie mogę, Magdaleno.
- Ty nie, ale ja mogę. Powiedz tylko, kiedy. Muszę sobie przemyśleć, co jej powiedzieć.
Wstał i ukłonił się. Nadal był rycerzem kniazia. Złożył mu przysięgę na wierność aż do śmierci. Jeszcze żył. Nie wiadomo, jak długo, ale jeszcze żył. I nie zamierzał łamać przysięgi. Choćby miała się już teraz ograniczać jedynie do pewnych gestów i zachowań czysto grzecznościowych, których nauczył się w zamku.
- Dziękuję, nigdy ci tego nie zapomnę.
*
Telefon Magdaleny zszokował Sarę, która nie spodziewała się, że tamta kobieta będzie jeszcze chciała z nią rozmawiać. Najbardziej zmartwiło ją to, że nie ma u niej Michaela. Minęła już cała doba odkąd był ostatnio widziany w szkole. Musi zadzwonić na policję i zgłosić zaginięcie. Chciała to zrobić natychmiast po rozmowie z Magdaleną, jednak zgodziła się poczekać na jej przyjazd.
Umówiły się na czwartą popołudniu. Poprosiła Paula, żeby pojechał zrobić większe zakupy, aby mogły porozmawiać bez świadków. Wolałaby uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z żoną Nikołaja, ale teraz chodziło o bezpieczeństwo Michaela. Być może nawet o jego życie.

Światło minionych dni -sir Arthur Charles Clarke i Stephen Baxter



Urządzenie do podglądania przeszłości to pomysł chyba tak stary, jak sama fantastyka. Jednak genialny duet Clarke/Baxter pokazali nam nowy wymiar takie odkrycia.
Na ten tytuł trafiłam zupełnie przypadkiem w jednym z amerykańskich czasopism fantastycznych. Było to opowiadanie Boba Shawa – niedługie, ale bardzo interesujące. Przeszukując później Internet, dowiedziałam się, że mój ulubiony Clarke napisał powieść zainspirowaną tym opowiadaniem i od razu niemal dokonałam zakupu. Nie przeliczyłam się – to powieść na miarę tak wielkiego autora, jak sir Arthur.
Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby na świecie rzeczywiście pojawił się taki Hiram Patterson, nasz główny bohater i jego wynalazek. Nie sposób przewidzieć licznych komplikacji, które przyniosłoby takie odkrycie. Jedna z hipotez pokazują Clarke wespół z Baxterem. W świecie, gdzie w każdej chwili można zajrzeć w przeszłość – nie ma już żadnych sekretów, ani… prywatności. Człowiek jest właściwie osaczony przez swoje wczoraj.
Cudowne odkrycie dla każdego ciekawego historii. Gdyby dzisiaj powiedziano mi, że taki wynalazek można sobie sprawić – byłabym przepełniona radością i z pewnością w pierwszej chwili zapomniałabym od następstwach takiego szperania w przeszłości (pomijając nawet powszechnie znany paradoks dziadka). Gdyby wystarczyło jedynie (Chryste, jedynie?) zajrzeć w tunel podprzestrzenny (tzw. wormhole) i zobaczyć cokolwiek w przeszłości… Marzenie. Pamiętajmy jednak, ze marzenia są piękne między innymi dlatego, że czasami na zawsze pozostają marzeniami, a ich ziszczenie może okazać się prawdziwa tragedią. I tak też dzieje się w tej powieści. To, co miało być cudowne okazuje się dla wielu zgubne. Łatwo bowiem zagubić się w przeszłości i zatracić siebie samego.
Nic dodać, nic ująć. Powieść wciąga od pierwszych stron, stopniując napięcie na każdej kolejnej. Autorzy doskonale wszystko przemyśleli. Poza tym – sama o tym wiem – nie jest łatwo pisać coś we dwoje. W „Światłach minionych dni” natomiast nie widać tego, ze poszczególne fragmenty są napisane przez różnych autorów. Powieść jest spójna, zarówno stylistycznie, jak i fabularnie. To prawdziwa perełka i – niestety – przedostatnie dzieło prawdziwego artysty fantastyki, jakim jest Clarke.

Perfekcyjna pani domu - Anthea Turner



Lektura trochę innego formatu i niekoniecznie tylko dla pań. Bardzo przydatna w codziennym życiu – ja sięgam co jakiś czas, kiedy zaczynam czuć, że gubię się w moim (niewielkim) mieszkaniu.
Anthea Turner – angielska prezenterka telewizyjna, dziennikarka i pisarka podpowiada nam, jak w prosty, w miarę szybki i mało nieprzyjemny sposób prowadzić gospodarstwo domowe. Razem z nią możemy nauczyć się zdecydowanego porządkowania i zdrowego podejścia do śmieci, które „mogą się jeszcze kiedyś przydać”. Dla mnie osobiście nie było to łatwe i tylko dzięki przeczytaniu tego przyjemnego podręcznika znalazłam w sobie siłę, by pozbyć się kompletnie niepotrzebnych „pamiątek”.
Od ogólnych zasad sprzątania i gromadzenia przechodzimy kolejno przez wszystkie pomieszczenia w domu (oczywiście domu, a nie zwykłego mieszkania i niektóre rady należy potraktować z przymrużeniem oka, jeśli nie ma się osobno np. sypialni i pokoju dziennego), zapoznając się z zasadami utrzymywania w nich ładu. Autorka przedstawia również m.in. domowe sposoby wywabiania plam i czyszczenia różnych powierzchni.
Książka jest wydana w ciekawy sposób – poza głównym tekstem mamy tu liczne ramki, tabelki, listy – bardzo pomocne w zapamiętaniu ciekawostek lub zaplanowaniu działań. Nie widziałam oryginalnej, angielskiej wersji, jednak polska nie zachwyciła mnie pod względem estetycznym. Wydawnictwo nie pokusiło się o tak podstawowe działanie, jak wyjustowanie tekstu. Po dłuższym czytaniu oczy zaczynają boleć od skakania po nim, ponieważ każda linijek kończy się w innym miejscu. To straszliwie przeszkadza i książka, która jest napisana na piątkę z plusem, wydana została na ocenę mierną. Szkoda, szczególnie, że do tanich nie należy i jest bardzo przydatna w każdym domu. Mam nadzieję, że przy kolejnym wydaniu nastąpi w tej kwestii znaczna poprawa jakości.

Wąż snu - Vonda N. McIntyre




Na tylnej okładce powieść skomentował – bardzo pozytywnie – Frank Herbert. Właśnie dlatego całe lata temu kupiłam ją mojemu – wówczas jeszcze chłopakowi – mężowi w prezencie. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że ją sama przeczytam. Kilka miesięcy temu pojechaliśmy w podróż poślubną i okazało się, że zabrałam za mało książek, a on miał ze sobą właśnie tę. Pożyczyłam, zaczęłam i… jakie szczęście, że ją wziął na Sycylię. ży się zająć).
Opowieść przenosi nas w smutną przyszłość naszej planety – świata zniszczonego wojną nuklearną, gdzie ludzkość w większości żyje w oazach na pustyni. Gdzieniegdzie jeszcze można w swej wędrówce przez bezkresne piaski napotkać kratery pozostawione przez wybuchające bomby atomowe. W tym świecie ludzie tacy, jak Wężyca są szanowani, poszukiwani, a jednocześnie pozostali obawiają się ich wiedzy, a przede wszystkim węży, dzięki którym leczą.
Wężyca jest młodą uzdrowicielką, niedawno dopiero ukończyła naukę i wyruszyła, by nieść pomoc. Jest jednak niezrozumiana przez ludy, które napotyka w swej wędrówce. Właśnie strach jest powodem śmierci Trawy – węża snu. Być może – poza przywiązaniem i poczuciem obowiązku wobec swych pomocników i podopiecznych – niewiele by to w jej życiu zmieniło. Jednak bez węża snu nie może skutecznie leczyć wielu schorzeń. To on bowiem zsyła na cierpiących kojący sen, który pomaga i przyspiesza kurację. Poza tym – jest to zwierzę bardzo rzadkie i tajemnicze. Nikt na Ziemi nie potrafi – mimo wielu lat prób – doprowadzić tych stworzeń do rozmnażania, pochodzą one bowiem z poza planety.
Długa wędrówka przez piaski, wyścig z czasem i przyjaźń, którą udało jej się zawrzeć, a także lęk przed śledzącym każdy jej krok szaleńcem to tylko część opowiedzianej przez autorkę historii. Najważniejsze bowiem wydaje się przedstawienie samej głównej bohaterki. Jest postacią nieprzeciętną, ciekawą, inteligentną. Jednocześnie silną i zdecydowaną, z drugiej strony czułą, delikatną i pełną współczucia oraz chęci niesienia pomocy. Bycie uzdrowicielką to nie tylko jej zawód, ale prawdziwe powołanie i życiowa misja.
Vonda McIntyre przedstawia nam smutną planetę, która właściwie dogorywa. Ludzie dawno już uwstecznili się – żyją w namiotach na pustyni, nie umieją czytać, wytwarzają prymitywne sprzęty. Oczywiście istnieją również miasta, w tym to, do którego podąża Wężyca. Tam życie toczy się w trochę innym trybie, jednak mieszkają w nich jedynie wybrańcy, a nowi przybysze nie są przyjmowani chętnie. Wężyca jest swego rodzaju iskierką nadziei na to, że jednak umysł nadal ma znaczenie, a dobre serce potrafi zwyciężyć nawet chorobę.
To pięknie napisana historia, mądra, niekiedy wzruszająca, dająca do myślenia, pokazująca trochę inny punkt widzenia. Przyznaję, że w pamięć najbardziej zapadła mi scena tuż po śmierci Trawy – gdy Wężyca pyta, dlaczego zabili jej węża i stwierdza, że było to jedynie malutkie zwierzątko, które pomagało ludziom czuć się lepiej. Myśl, którą można na co dzień mieć o chomiku, króliku, czy innym puchatym stworku, raczej nie o gadzie. Trochę zmieniło moje widzenie świata.
Zaskakujące rozwiązanie zagadki rozmnażania węży snu potęguje odczucie, że na co dzień żyjemy według stereotypów, często nie dopuszczając w ogóle możliwości tego, że świat jest znacznie bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje.
Czyta się właściwie jednym tchem. Szkoda tylko, że w Polsce ta powieść jest tak mało popularna i nie wznawiana od lat.

Koniec dzieciństwa - sir Arthur Charles Clarke



W końcu się przemogłam i poczułam gotowa, by przedstawić Wam jedną z najciekawszych powieści Arthura Charlesa Clarke’a, którą czytałam, a czytałam ich naprawdę wiele.
„Koniec dzieciństwa” (przeczytałam go już trzy razy) powstał w latach 50 ubiegłego wieku, kiedy to temat przybyszów z kosmosu był wciąż żywy wśród społeczeństw rozwiniętych. Obawa przed najazdem „kosmitów” powodowała, że powstawało wiele książek i filmów, których głównym wątkiem był atak z przestworzy. Wiele z nich zostało do dzisiaj zapomnianych i odłożonych do lamusa, jednak powieści sir Arthura do nich z pewnością nie należą. Mimo blisko sześćdziesięciu lat i upadku ZSRR, „Koniec dzieciństwa” pozostaje niesamowita historią, napisaną z rozmysłem, rozmachem i przy użyciu pięknego języka.
Trwa zimna wojna, mocarstwa ścigają się w zbrojeniach, a stawką jest olbrzymia władza. Które z nich zwycięży wyścig i pierwsze wyśle człowieka w kosmos? Historię znamy, jednak w powieści Clarke’a nie był to Jurij Gagarin. Zanim Radzieckiej Rosji udało się wysłać go w nieznane, nad Ziemią pojawiły się… statki obcych. Od tego dnia życie każdego mieszkańca błękitnej planety ulęgło zmianie.
Kim są przybysze? Jak wyglądają? Mijają lata, a nikt nadal ich nie widział, mimo ich powszechnego wpływu na ludzkość. Ich wysoko rozwinięta technologia pozwala na realną walkę z głodem i biedą, poprawia znacznie poziom życia wielu rodzin. Na Ziemi panuje pokój. Mijają dziesięciolecia, a Zwierzchnicy nadal nie są gotowi, by pokazać się ludziom. Jaki sekret ukrywają i dlaczego coraz częściej dochodzi do zamieszek przeciwko ich obecności w naszej galaktyce?
Co mnie urzekło w tej historii, że co kilka lat do niej wracam? Nie można przecież powiedzieć, że jest ponadczasowa, ZSRR wszakże upadł już przed dwudziestoma laty (osobiście pamiętam z niego jedynie przepiękne znaczki z kosmonautami i kilka bajek dla dzieci). Technologia również w ciągu tych lat uległa niesamowitej ewolucji. Mówi się, że gdyby Clarke opatentował choć kilka ze swoich pomysłów, byłby jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Jednak zostały one opatentowane przez kogoś innego i dzisiaj są już naszą codziennością. Sceny, w których główny bohater próbuje nagrać jednego ze Zwierzchników na kasetę wydają się w dzisiejszej rzeczywistości przynajmniej dziwne. To nie ma jednak znaczenia. „Koniec dzieciństwa” bowiem to bez wątpienia książka sf, w której elementy sf stanowią jednak tylko (tylko, czy aż?) bardzo ciekawe tło do rozważań na temat ludzkości. Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Jak wyglądają nasze relacje z innymi? Jak zachowuje się społeczeństwo, gdy jest zagrożone przez wyższą inteligencję? To właśnie pytania, które autor nam zadaje i próbuje – w rewelacyjny i błyskotliwy sposób – przedstawić nam jedną z możliwych wizji naszej przyszłości.
Zauroczyła mnie również rozmaitość narodowości przedstawionych w tej powieści. W czasach, gdy Clarke pisał „Koniec dzieciństwa” Amerykanie opisywali raczej tylko i wyłącznie dobrych… Amerykanów i złych Rosjan. Tu natomiast główny bohater jest Szwedem (mam do nich pewną – niewytłumaczalną – słabość), a kosmonauci zamiast się nienawidzić darzą się szacunkiem.
Zakończenie jest w stu procentach zaskakujące dla osoby czytającej po raz pierwszy. Dla kogoś takiego, jak ja, kto fabułę już poznał – dające sporo do myślenia, burzące pewne stereotypy i z pewnością – zasługujące na liczne pochwały i westchnienia nad geniuszem autora.
Clarke z pewnością wyprzedzał swoje czasy o całe dziesięciolecia i jeszcze na długie lata pozostanie jednym z najgenialniejszych autorów szeroko pojętej fantastyki naukowej. Można jedynie żałować, że nie żyje już d trzech lat i niczego więcej nie napisze.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Blondynka na Tasmanii - Beata Pawlikowska



W oczekiwaniu na „Blondynkę w Australii”, którego to miejsca jestem stuprocentowa fanką zapoznałam się z „Blondynką na Tasmanii” i muszę przyznać, że ubawiłam się czytając tę krótką książeczkę.
Jest to część serii autorstwa Beaty Pawlikowskiej, polskiej podróżniczki, dziennikarki i tłumaczki opatrzona również fotografiami i rysunkami jej autorstwa. To przezabawne historie z jej podróży po całym globie.
Wróćmy jednak do Tasmanii. Pawlikowska zaskoczyła się tą niesamowita i ciągle jeszcze mało poznaną krainą, a ja razem z nią. W przyjemny, łatwy do zapamiętania i radosny sposób opowiada o swoich krótkich, grudniowych odwiedzinach na wyspie., ukazując nie tylko krajobrazy i zwierzęta, które do naszych czasów nie przetrwały nigdzie indziej na świecie, ale także ludzi. Ludzi niby takich samych, a jednak trochę innych. Jakich? Przekonacie się, czytając „Blondynkę na Tasmanii”. To właśnie ci ludzie i ich sposób patrzenia na świat – tak inny od naszego, europejskiego – zadziwił mnie najbardziej.
Pozycję, jak już wspomniałam ubarwiają całkiem liczne kolorowe fotografie, niestety małe, jak i sama książka. To chyba jedyny minus tego wydania. Mimo wszystko można było choć odrobinę ograniczyć ten niedosyt. Jak? Na jednej stronie umieścić po jednym zdjęciu, a nie po dwa. Książeczka de facto niewiele by przybrała na objętości, a efekt byłby znacznie lepszy.
Reportaż jest napisany ładnym językiem i przyjemnie się całość czyta, szkoda jedynie, że jest tego tak niewiele. Już nie mogę doczekać się prezentu pod choinką – nie będzie to niespodzianka, a właśnie „Blondynka w Australii” – duże wydanie, większa objętość, twarda oprawa. Mam nadzieję, że także znacznie więcej ciekawostek i poważniejszy format zdjęć.